Deszcz na balkonach
Inspiracja „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały” — Adele Faber, Elaine Mazlish, rozdział 1.
Kuba miał siedem lat i od tygodnia nie chciał spać sam.
To znaczy — chciał, bo przecież był duży, a duzi chłopcy nie boją się ciemności, i sam to powtarzał, stojąc wieczorem w drzwiach swojego pokoju z misiem przyciśniętym do piersi. Ale potem gasło światło i coś się zmieniało. Cienie na ścianie robiły się za duże. Kaloryfer stukał za głośno. A miś, choć był duży i miękki, nie miał rąk, żeby objąć.
Tomek słyszał to z kuchni. Szuranie kapci na korytarzu, ciche otwieranie drzwi sypialni, oddech przy łóżku. I każdego wieczoru to samo:
— Tato, mogę tu spać?
I każdego wieczoru Tomek mówił to samo:
— Kuba, masz swój pokój. Nic ci tam nie grozi. Wracaj do siebie.
Bo tak się mówi. Bo tak mówił mu jego ojciec, i ojciec jego ojca, i pewnie wszyscy ojcowie od początku świata. Dzieci boją się ciemności, a dorośli im tłumaczą, że nie ma się czego bać, i jakoś z tego wyrastają. Tak to działa.
Tomek wracał do zmywania, a kapcie szurały z powrotem po korytarzu.
Środa zaczęła się źle.
Tomek obudził się o piątej, bo zapomniał wyłączyć alarm z poniedziałku, kiedy miał wczesne spotkanie. Potem nie mógł zasnąć, bo w głowie zaczęła się kręcić lista: prezentacja na dziesiątą, mail do klienta, który czekał od wtorku, raport, który miał być na wczoraj. Leżał w ciemności i patrzył na sufit, i czuł, jak dzień wjeżdża mu na klatkę piersiową zanim jeszcze wstał z łóżka.
O szóstej trzydzieści robił kanapki. Chleb, masło, ser, chleb, masło, szynka. Dwa pojemniki do przedszkola Zosi, jeden do szkoły Kuby. Zosia miała pięć lat i jadła tylko ser. Kuba jadł wszystko, ale wolno, i Tomek wiedział, że połowa kanapek wróci nienaruszona.
Marta wyszła o szóstej. Miała zmianę na siódmą, a szpital był po drugiej stronie miasta. Wychodząc, pocałowała Tomka w policzek i powiedziała:
— Kuba znowu przychodził w nocy. Trzeci raz w tym tygodniu.
— Wiem — powiedział Tomek. — Poradzimy sobie.
Marta spojrzała na niego tak, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale tylko kiwnęła głową i zamknęła drzwi. Tomek stał z nożem do masła w ręku i słuchał, jak jej kroki cichną na klatce schodowej.
O siódmej budził dzieci.
Zosia wstała od razu, bo Zosia zawsze wstawała od razu. Zeskoczyła z łóżka, pobiegła do łazienki, wróciła z pastą na brodzie i zapytała, czy będą naleśniki. Nie, nie będą naleśniki, bo jest środa, a naleśniki są w niedzielę. Zosia przyjęła tę informację z godnością i poszła szukać skarpetek.
Kuba nie wstał.
Tomek wszedł do jego pokoju i zobaczył kształt pod kołdrą, zwinięty w kłębek, z misiem wciśniętym pod brodę. Pokój był mały — łóżko, biurko, półka z książkami, dywan z mapą świata, po którym Kuba chodził bosymi stopami, wymyślając podróże. Na parapecie stały trzy kamienie z wakacji i szklanka, w której kiedyś był sok.
— Kuba, wstawaj.
Kołdra się nie poruszyła.
— Kuba, jest po siódmej, za dwadzieścia minut wychodzimy.
Głos spod kołdry, przytłumiony:
— Nie chcę iść do szkoły.
Tomek poczuł, jak coś w nim się ściska. Nie złość — jeszcze nie. Raczej zmęczenie, które przyjmuje kształt niecierpliwości. Miał pięć godzin snu, niedopitą kawę w kuchni i prezentację, do której nie był gotowy.
— Kuba, każdy chodzi do szkoły. Ubieraj się.
— Nie chcę.
— Nie chcesz, ale musisz. Tak jest i już.
Tomek ściągnął kołdrę. Kuba leżał zwinięty, z zamkniętymi oczami. Miał na sobie piżamę z dinozaurami, którą Marta kupiła mu w zeszłym roku i która była już za krótka w rękawach.
— Kuba, nie mamy na to czasu. Zosia jest już ubrana. Wstawaj.
Kuba otworzył oczy. Były mokre.
— Brzuch mnie boli.
Tomek wiedział, że brzuch go nie boli. Znaczy — może bolał, bo brzuchy czasem bolą, kiedy się nie chce iść do szkoły, ale to nie był ból, z którym się idzie do lekarza. To był ból, z którym się idzie do szkoły i wraca do domu, i zapomina.
— Nic ci nie jest. Wstawaj, bo się spóźnimy.
Kuba wstał. Ubrał się powoli, zjadł pół kanapki, włożył buty i stał przy drzwiach, czekając. Nie powiedział ani słowa przez całą drogę do szkoły. Tomek prowadził i słuchał radia, i nie zauważył, że Kuba w tylnym lusterku patrzy przez okno z taką miną, jakby deszcz padał od środka.
W pracy było tak, jak Tomek przewidywał: źle.
Prezentacja poszła połowicznie — Kowalski zadawał pytania, na które Tomek nie miał odpowiedzi, a Nowak kiwał głową w sposób, który mógł oznaczać wszystko. Potem mail od klienta — nie grzeczny. Potem raport, który okazał się bardziej skomplikowany, niż wyglądał z daleka.
O dwunastej Tomek zadzwonił do Marty, bo potrzebował usłyszeć czyjś głos, ale Marta była na dyżurze i nie odebrała. Napisał do niej: „ciężki dzień”. Odpisała po godzinie: „u mnie też. odbiorę Zosię, Ty Kubę?”. „OK” — napisał Tomek.
O trzeciej wyszedł z biura. Jechał po Kubę i myślał o raporcie, który nie był skończony, i o kliencie, który jutro zadzwoni, i o prezentacji, która poszła połowicznie, i o tym, że wieczorem trzeba jeszcze zrobić zakupy, bo mleka nie ma, i chleba nie ma, i Zosia powiedziała rano, że kończy się pasta do zębów.
Pod szkołą stał z innymi rodzicami i patrzył na telefon.
Kuba wyszedł z budynku z plecakiem zjechanym na jedno ramię. Szedł powoli. Za nim szli inni chłopcy, śmiejąc się z czegoś — Kuba za nimi nie szedł. Szedł obok, ale osobno.
— Cześć, jak było? — zapytał Tomek.
— Dobrze — powiedział Kuba.
Tomek otworzył mu drzwi samochodu. Kuba wsiadł, zapiął pas, postawił plecak na kolanach. Tomek zauważył, że ma rozwiązanego buta, ale nic nie powiedział, bo Kuba miał siedem lat i potrafił zawiązać buty sam.
W drodze do domu Kuba powiedział:
— Tato?
— Tak?
— Franek powiedział, że jestem głupi.
Tomek poczuł coś na granicy złości i zmęczenia. Nie na Kubę — na Franka, na sytuację, na to, że musi teraz coś z tym zrobić, a nie miał siły robić czegokolwiek.
— A co mu odpowiedziałeś?
— Nic.
— To dobrze. Nie przejmuj się Frankiem. Pewnie sam nie wie, co mówi. Jutro o tym zapomni.
Cisza.
— Ale ja się przejmuję — powiedział Kuba cicho.
— Kuba, ludzie mówią głupie rzeczy. Nie możesz się wszystkim przejmować. Olej to.
W lusterku widział, jak Kuba odwraca głowę do okna. Było szaro. Padał drobny deszcz, taki, co nie jest ani prawdziwym deszczem, ani mżawką, tylko czymś pomiędzy. Krople na szybie wyglądały jak małe przezroczyste robaki, pełznące na boki.
Kuba nie powiedział nic więcej do końca drogi.
W domu było jak zwykle.
Zosia siedziała na dywanie w salonie i budowała wieżę z klocków. Marta stała w kuchni i kroiła marchewkę. Z radia leciało coś cichego. Kuba zdjął buty — jeden zawiązany, drugi nie — i poszedł do swojego pokoju. Zamknął drzwi.
— Jak jego dzień? — zapytała Marta, nie odwracając się od marchewki.
— Normalnie. Jakiś Franek go wyzywał. Powiedziałem, żeby się nie przejmował.
Marta odłożyła nóż.
— I co on na to?
— Nic. Poszedł do pokoju.
Marta nie powiedziała nic, ale Tomek poczuł to — coś w jej milczeniu, co przypominało pytanie, na które nie chciał odpowiadać. Wziął mleko z torby i schował do lodówki.
Kolacja była cicha. Zosia opowiadała o kocie, którego widziała w oknie przedszkola, i o tym, że Hania przyniosła ciastka, i że pani Ania ma nowe buty. Kuba jadł zupę i nie mówił. Tomek jadł zupę i myślał o raporcie. Marta patrzyła na Kubę, a potem na Tomka, a potem na swój talerz.
Po kolacji Tomek usiadł do komputera w sypialni. Raport. Liczby, tabele, komentarze. Słyszał przez ścianę, jak Marta czyta Zosi bajkę — coś o jeżu, który szukał domu. Potem ciszę. Potem szuranie kapci.
Drzwi sypialni otworzyły się. Kuba stał w nich w piżamie z dinozaurami, z misiem przyciśniętym do piersi.
— Tato, mogę tu spać?
Tomek patrzył na ekran laptopa. Kursor migał na pustym polu raportu.
— Kuba, rozmawialiśmy o tym. Masz swój pokój. Nie ma się czego bać.
— Ale ja się boję.
— Czego się boisz?
— Nie wiem. Po prostu się boję.
Tomek zamknął na chwilę oczy. Poczuł napięcie w szczęce — ten odruch zaciskania zębów, który pojawiał się, kiedy dzień był za długi, a w nim za dużo ludzi czegoś chciało.
— Kuba, posłuchaj. Masz siedem lat. Jesteś dużym chłopcem. W tym pokoju nic ci nie grozi. Zamykamy drzwi na klucz, mamy alarm, śpimy obok. Nie ma potworów, nie ma duchów, nie ma nic strasznego.
— Wiem — powiedział Kuba.
— No to wracaj do siebie. Jutro rano wstajesz do szkoły.
Kuba stał jeszcze chwilę. Potem odwrócił się i poszedł. Tomek słyszał, jak drzwi jego pokoju zamykają się cicho — nie trzaskają, nie klikają, po prostu zamykają, jakby powietrze delikatnie pchało je do ramy.
Tomek wrócił do raportu. Napisał dwa zdania, skasował jedno, napisał inne. Przez chwilę myślał o Kubie, ale myśl nie miała kształtu — była raczej uczuciem czegoś niedokończonego, jak zdanie urwane w połowie. Potem raport pochłonął go z powrotem i myśl zniknęła.
W czwartek Tomek miał spotkanie z Kowalskim.
Spotkanie nie było o raporcie — było o projekcie, który się opóźniał, i o budżecie, który się kurczył, i o kliencie, który był niezadowolony. Tomek siedział po drugiej stronie biurka i tłumaczył, że potrzebuje więcej czasu, a Kowalski kiwał głową i mówił:
— Rozumiem, ale terminy są terminy.
— Wiem, ale dane są niekompletne, i…
— Tomek, wszyscy mają niekompletne dane. Trzeba z tym pracować.
Tomek poczuł to w żołądku — ściśnięcie, które zaczynało się gdzieś nisko i podnosiło ku piersi. Chciał powiedzieć: nie rozumiesz, to nie jest kwestia organizacji, to jest kwestia tego, że fizycznie nie ma danych, których potrzebuję. Ale powiedział:
— Jasne. Postaram się do piątku.
— Świetnie — powiedział Kowalski i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który oznaczał, że spotkanie się skończyło.
Tomek wyszedł z gabinetu i stanął na korytarzu. Przez okno widział parking, drzewa, szary kawałek nieba. Czuł coś, czego nie potrafił nazwać — jakby ktoś mu powiedział, że to, co czuje, nie ma znaczenia. Że wszyscy mają tak samo i trzeba z tym pracować. Że nie ma się czego bać. Że jest dużym chłopcem.
Stał tak chwilę.
Potem poszedł do biura, usiadł przy komputerze i zaczął pisać raport.
Wieczorem w domu było cieplej niż zwykle, bo Marta upiekła ciasto. Nie z okazji — po prostu dlatego, że miała wolne popołudnie i Zosia chciała mieszać. Kuchnia pachniała jabłkami i cynamonem, i Tomek, wchodząc, poczuł coś na granicy wdzięczności i zmęczenia — coś, co sprawiało, że chciał usiąść i nie wstawać.
Jedli ciasto. Zosia miała cukier na nosie. Kuba siedział przy stole i rysował coś w zeszycie — labirynt, jak się potem okazało, labirynt z dinozaurami i wulkanami. Tomek patrzył na niego i myślał o tym, jak w poniedziałek Kuba rysował w tym samym zeszycie rakietę z oknami, w których siedzieli ludzie z uśmiechniętymi twarzami. Teraz rysował labirynt bez wyjścia.
Marta umyła Zosię, a Tomek został z Kubą w kuchni.
— Fajny labirynt — powiedział.
— Nie da się go przejść — powiedział Kuba. — Specjalnie tak narysowałem.
— Dlaczego?
Kuba wzruszył ramionami.
— Bo nie wszystko da się przejść.
Tomek chciał powiedzieć coś mądrego — coś o tym, że zawsze jest jakieś wyjście, że trzeba szukać, że nie wolno się poddawać. Ale popatrzył na labirynt, na grube ołówkowe linie, na ślepe zaułki i dinozaury stojące w korytarzach, i nic nie powiedział.
O dwudziestej Kuba poszedł do łazienki. Umył zęby. Włożył piżamę. Stanął w drzwiach swojego pokoju i powiedział:
— Mogę jeszcze chwilę poczytać?
— Piętnaście minut — powiedział Tomek.
Piętnaście minut minęło i Tomek poszedł zgasić światło. Kuba leżał w łóżku z książką na piersi — nie czytał, książka była zamknięta, po prostu leżała tam, jakby trzymanie jej pomagało.
— Dobranoc — powiedział Tomek.
— Tato?
— Tak?
— Czy ty się kiedyś boisz?
Tomek stał w drzwiach z ręką na wyłączniku. Za nim, w korytarzu, było ciepło i jasno. Przed nim, w pokoju Kuby, zmierzch już wchodził przez okno — ten niebieski zmierzch wiosennych wieczorów, kiedy jeszcze nie jest ciemno, ale światło już nie jest do końca prawdziwe.
— Nie — powiedział. — Idź spać.
Zgasił światło. Zamknął drzwi.
Potem stał chwilę na korytarzu i patrzył na swoje stopy. Miał na sobie stare kapcie, które Marta chciała wyrzucić, ale on je lubił, bo były wdeptane w kształt jego stóp i nie trzeba było ich rozchadzać.
Skłamał.
Oczywiście, że się bał. Bał się, że raport nie będzie gotowy. Bał się, że Kowalski uzna go za niekompetentnego. Bał się, że Marta pewnego dnia wróci ze szpitala tak zmęczona, że nie będzie miała siły na ciasto ani na nic. Bał się, że robi coś źle z Kubą, choć nie wiedział co. Bał się tego ściskania w żołądku, które pojawiało się za często i trwało za długo.
Ale Kuba miał siedem lat i nie musiał o tym wiedzieć. Dzieci nie muszą wiedzieć, że dorośli się boją. Tak mu mówił ojciec.
Ojciec.
Tomek usiadł na kanapie w salonie. Marta była w łazience — słyszał wodę. Telewizor był wyłączony. Cisza w mieszkaniu była gęsta, jak mgła nad stawem.
Myślał o ojcu.
Ojciec był elektrykiem. Miał duże ręce i mówił niewiele. Kiedy mały Tomek płakał, ojciec mówił: „Mężczyźni nie płaczą.” Nie mówił tego ze złością — mówił spokojnie, rzeczowo, jakby podawał fakt. Niebo jest niebieskie. Woda jest mokra. Mężczyźni nie płaczą. I Tomek przestawał płakać — nie dlatego, że mu przeszło, ale dlatego, że zrozumiał, że płakanie jest czymś, co trzeba schować.
Potem, przez lata, był z tego dumny. Umiał to schować. Umiał nie okazywać. Umiał zaciskać szczękę i mówić „nic mi nie jest” i iść dalej. I teraz mówił to samo swojemu synowi: nie bój się, nic ci nie jest, jesteś duży.
Na korytarzu było cicho. Kuba albo zasnął, albo leżał w ciemności sam z misiem, czekając aż sen przyjdzie. Tomek nie wiedział, które z tych dwóch.
Marta wyszła z łazienki. Usiadła obok niego. Pachniała mydłem i pastą do zębów.
— Myślisz o czymś? — zapytała.
— O raporcie — powiedział.
Piątek minął jak piątek — szybko i chaotycznie, i o czwartej Tomek stał pod szkołą z telefonem w ręku i czekał na Kubę.
Kuba wyszedł. Szedł jeszcze wolniej niż wczoraj. Plecak znowu na jednym ramieniu, but znowu rozwiązany. Za nim szedł inny chłopiec — może Franek, Tomek nie wiedział — i mówił coś do kolegi, śmiejąc się. Kuba nie odwrócił się.
W samochodzie Kuba zapytał:
— Tato, mogę nie iść w poniedziałek do szkoły?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo szkoła jest obowiązkowa.
— Ale mogę być chory.
— Jesteś chory?
— Nie.
— No to idziesz.
Cisza. Tomek zmienił bieg i skręcił w ich ulicę. Przed blokiem ktoś parkował i trzeba było czekać.
— Franek powiedział, że nikt się ze mną nie chce bawić — powiedział Kuba.
Tomek zahamował. Nie dlatego, że chciał się zatrzymać — samochód przed nim wjechał w miejsce parkingowe i droga się zwolniła. Ale w tej samej chwili coś się zatrzymało też w Tomku. Jakby ktoś nacisnął pauzę.
— Franek jest głupi — powiedział.
I od razu wiedział, że nie o to chodziło. Że Kuba nie przyszedł do niego z pytaniem o Franka. Przyszedł z czymś cięższym — z uczuciem, które nie miało imienia, albo miało, ale Kuba go nie znał. I Tomek właśnie to uczucie odesłał z kwitkiem, jak się odsyła paczki, które przyszły pod zły adres.
Zaparkował. Wyłączył silnik. Kuba siedział z tyłu z plecakiem na kolanach i nie ruszał się.
— Kuba… — zaczął Tomek.
Ale nie wiedział, co powiedzieć dalej. Co mówi się dziecku, kiedy inne dzieci mówią mu, że nikt nie chce się z nim bawić? Przez chwilę myślał, że powinien wyjaśnić, że to nieprawda, że inne dzieci go lubią, że Franek jest po prostu… co? Zły? Zazdrosny? Głupi? Żadne z tych słów nie było prawdziwe, bo Tomek nie znał Franka i nie wiedział, dlaczego mówi to, co mówi.
— Chodź, idziemy do domu — powiedział w końcu.
Kuba odpiął pas i wysiadł. Szedł obok Tomka, ale nie za rękę — od jakiegoś czasu nie dawał ręki, bo był duży. Weszli po schodach, Tomek otworzył drzwi, Kuba zdjął buty i poszedł do pokoju.
Drzwi zamknęły się cicho.
Tomek stał w przedpokoju i patrzył na te drzwi. Kiedyś — rok temu, dwa lata temu — Kuba wracał ze szkoły i opowiadał. Opowiadał dużo i szybko, przeskakując między tematami, a Tomek nie nadążał, ale słuchał, i Kuba mówił dalej, i był w tym jakiś rytm, jakiś przepływ między nimi, jak rzeka, która płynie bez wysiłku. Teraz drzwi były zamknięte i za nimi było cicho.
W sobotę rano Tomek pojechał do ojca.
Nie dlatego, że chciał rozmawiać — pojechał odebrać wiertarkę, którą ojciec pożyczył w lutym. Ojciec mieszkał za miastem, w domu z ogrodem, w którym nic nie rosło prócz traw i jednej starej jabłoni.
Ojciec otworzył drzwi. Miał na sobie flanelową koszulę i spodnie robocze, chociaż od pięciu lat nie pracował. Wyglądał tak, jak wyglądał zawsze — duży, spokojny, niewzruszony, jakby świat mógł się zawalić, a on by stał dalej i poprawiał klamkę.
— Wiertarka jest w garażu — powiedział zamiast dzień dobry.
Poszli do garażu. Garaż pachniał olejem i drewnem, i czymś jeszcze, czymś, co Tomek pamiętał z dzieciństwa, ale nie potrafił nazwać. Może kurzem. Może czasem.
Ojciec szukał wiertarki na półce. Tomek stał i patrzył na narzędzia na ścianie — klucze, śrubokręty, młotki — każdy na swoim miejscu, każdy obrysowany flamastrem, żeby wiedział, gdzie wrócić. Pamiętał, jak ojciec rysował te obrysy. Miał może sześć lat. Stał w tym samym garażu i trzymał flamaster, i ojciec prowadził jego rękę wokół młotka, i mówił: „Każda rzecz ma swoje miejsce.”
— Masz — powiedział ojciec i podał mu wiertarkę.
— Dzięki.
Powinien był wziąć wiertarkę i wyjść. Wiertarka, samochód, dom, sobota. Ale stał w garażu i patrzył na obrysy narzędzi na ścianie, i myślał o tym, że Kuba rysuje labirynty bez wyjścia.
— Tato — powiedział, i sam się zdziwił, że to mówi. — Pamiętasz, jak chodziłem do podstawówki? Pierwsza, druga klasa?
Ojciec spojrzał na niego znad półki.
— Co konkretnie?
— Nie wiem. Czy… miałem kiedyś kłopoty? Z innymi dziećmi?
Ojciec zmarszczył brwi, jakby szukał czegoś w szufladzie pamięci, która dawno nie była otwierana.
— Był taki jeden okres. Trzecia klasa, chyba. Nie chciałeś chodzić do szkoły. Płakałeś rano.
— I co zrobiłeś?
Ojciec wzruszył ramionami.
— Powiedziałem ci, żebyś się nie mazał. Że szkoła to szkoła. I poszedłeś.
Pauza. Ojciec poprawił śrubokręt na ścianie — leżał pół centymetra od obrysu.
— I jakoś dałeś radę — dodał.
Tomek trzymał wiertarkę i patrzył na ojca. Na jego duże ręce, na flanelową koszulę, na spokojną twarz. I nagle, tak wyraźnie jakby ktoś włączył projektor, zobaczył siebie — ośmioletniego, stojącego w przedpokoju z plecakiem, z oczami mokrymi od łez, które nie chciały przestać, chociaż wiedział, że nie powinny. I ojca, który kucał przed nim i mówił: „Dasz radę. Jesteś dzielny.”
I pamiętał, co czuł.
Nie poczuł się dzielny. Poczuł się sam.
W drodze do domu jechał wolno. Wiertarka leżała na siedzeniu pasażera. Deszcz znowu padał — ten sam drobny, niezdecydowany deszcz, który nie był ani zimny, ani ciepły.
Myślał o Kubie stojącym w drzwiach sypialni z misiem. O Kubie, który mówi „boję się” i słyszy „nie ma się czego bać”. O Kubie, który mówi „Franek powiedział, że jestem głupi” i słyszy „olej to”. O Kubie, który przychodzi z czymś ciężkim i odchodzi z niczym.
Myślał o Kowalskim, który powiedział „wszyscy mają niekompletne dane” i o tym, jak poczuł się na korytarzu — jakby ktoś zamknął drzwi, zanim zdążył wejść.
I myślał o ojcu, który mówił „dasz radę” i miał rację — dał radę. Przetrwał. Szkoła się skończyła, dzieci dorobiły się innych ofiar, życie poszło dalej. Ale coś zostało. Jakiś nawyk zamykania, chowania, zaciskania. Jakaś cisza w miejscach, gdzie powinien być głos.
Nie wiedział, jak to zmienić. Nie miał instrukcji, nie przeczytał żadnej książki, nie rozmawiał z żadnym terapeutą. Wiedział tylko, że kiedy Kuba stoi w drzwiach i mówi „boję się”, to nie kłamie. I że słowa „nie ma się czego bać” nie sprawiają, że strach znika — sprawiają, że Kuba uczy się go chować. Tak jak Tomek. Tak jak ojciec Tomka. Tak jak pewnie ojciec ojca Tomka, w jakimś innym garażu, w jakimś innym czasie.
W sobotę wieczorem Zosia bawiła się w salonie, a Kuba siedział w kuchni i rysował. Kolejny labirynt — tym razem z piratami i wyspami.
Tomek usiadł obok niego. Nie z planem — po prostu usiadł. Patrzył na rysunek. Linie były grube i pewne, ale labirynt znowu nie miał wyjścia.
— Ten też się nie da przejść? — zapytał.
— Nie — powiedział Kuba. — Ale ten jest fajniejszy, bo ma krokodyle.
Tomek patrzył na krokodyle. Były duże, zielone i miały za dużo zębów. Jeden miał czapkę pirata.
— Kuba — powiedział. — Jak było dzisiaj?
— Nie byłem w szkole. Jest sobota.
— Wiem. Pytam… jak ci jest? Teraz?
Kuba odłożył ołówek i spojrzał na niego. Był w tym spojrzeniu moment zaskoczenia — krótki, jak mrugnięcie, ale Tomek go zauważył.
— Normalnie — powiedział Kuba.
— OK.
Cisza. Kuba podniósł ołówek, ale nie rysował. Trzymał go nad kartką, jakby czekał na coś.
— Tato?
— Tak?
— Franek mówi, że jestem dziwny.
Tomek poczuł to znowu — odruch. „Nie przejmuj się”, „Franek sam jest dziwny”, „Nic takiego”, „Każdy jest inny”. Słowa stały w kolejce, gotowe do wypowiedzenia. Znał je na pamięć, bo sam je słyszał, kiedy miał osiem lat, i nie pomogły, ale były jedynymi, jakie miał.
Zamilkł.
Nie powiedział nic. Siedział obok Kuby i patrzył na rysunek z piratami i krokodylami, i nic nie mówił. I w tej ciszy — krótkiej, może dziesięciosekundowej, ale gęstej — coś się zmieniło. Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, który był zamknięty od dawna.
— To musi być kiepskie uczucie — powiedział w końcu. — Kiedy ktoś tak mówi.
Kuba patrzył na niego. Ołówek wisiał nad kartką.
— Bo jest — powiedział. — Jest kiepsko. I potem w brzuchu mam taki kamień.
Tomek nie powiedział „to nic takiego”. Nie powiedział „nie przejmuj się”. Nie powiedział „olej Franka”. Siedział i słuchał, i było mu trudno, bo każda cząstka jego ciała chciała naprawić, wyjaśnić, rozwiązać, uspokoić. Ale nic nie naprawiał. Siedział.
— Kamień — powtórzył.
— Taki ciężki. I nie mogę go wyrzucić.
— To brzmi ciężko.
Kuba kiwnął głową. A potem zrobił coś, czego nie robił od tygodni — przysunął się. Nie wtulił się, nie przytulił, nie wskoczył na kolana. Po prostu przysunął krzesło bliżej, tak że ich ramiona prawie się dotykały. I wrócił do rysowania.
Tomek siedział obok i patrzył, jak z labiryntu wyrasta nowa ścieżka — kręta, wąska, obchodząca krokodyle. Kuba rysował ją powoli, z językiem wysuniętym z kąta ust, jak zawsze gdy się koncentrował.
Ścieżka nie miała jeszcze końca. Ale prowadziła gdzieś.
Wieczorem Kuba znowu stanął w drzwiach. Piżama z dinozaurami, miś pod brodą, niebieskie oczy patrzące na Tomka z łóżka, nad ekranem laptopa.
— Tato. Boję się.
Tomek zamknął laptopa. Nie raport — raport mógł poczekać. Zresztą to był sobotni wieczór i raport mógł poczekać do niedzieli, a może nawet do poniedziałku, i świat się nie zawalił.
— Chodź — powiedział. — Posiedzę z tobą chwilę.
Poszli do pokoju Kuby. Kuba położył się do łóżka, Tomek usiadł na podłodze, plecami do łóżka. Pokój był ciemny, ale przez okno wchodziło trochę światła z latarni. Na parapecie kamienie z wakacji rzucały krótkie cienie.
Siedzieli w ciszy. Kaloryfer stukał. Kuba oddychał.
— Jest ciemno — powiedział Kuba.
— Jest — powiedział Tomek.
Nie powiedział „ale nie ma się czego bać”. Powiedział „jest” — bo było ciemno, i to była prawda, i na prawdę nie trzeba było odpowiadać rozwiązaniem.
— I te cienie — powiedział Kuba.
— Widzę je.
Kuba wyciągnął rękę spod kołdry i dotknął głowy Tomka. Lekko, palcami, jak się sprawdza, czy coś jest prawdziwe.
— Posiedzisz jeszcze?
— Posiedzę.
Tomek siedział. Plecami czuł ciepło materaca, nad głową oddech Kuby, który zwalniał i się pogłębiał. Kaloryfer przestał stukać. Latarnia za oknem migała co jakiś czas, jakby mrugała.
Myślał o swoim ojcu, który nigdy nie siedział na podłodze przy łóżku. Nie dlatego, że nie chciał — Tomek wiedział to teraz, tak jak się wie rzeczy, które rozumie się dopiero po latach. Ojciec nie siedział, bo nikt nie siedział przy nim. Bo nie wiedział, że można. Bo w świecie, w którym dorastał, chłopcy mieli się nie bać, a ojcowie mieli mówić „dasz radę” i wracać do swoich narzędzi.
Nie był zły na ojca. Nie potrafił być. Ojciec dawał to, co miał — i to było dużo, tylko inaczej. Flamastrowe obrysy narzędzi, cierpliwość przy wiertarce, sobotnie obiady. Miłość w kształcie, jaki znał.
Kuba zasnął.
Tomek siedział jeszcze chwilę na podłodze i słuchał ciszy, która nie była gęsta jak mgła — była lekka, jak powietrze po deszczu. Potem wstał, poprawił kołdrę, wyszedł z pokoju. Drzwi zostawił uchylone.
W niedzielę rano Kuba wstał pierwszy.
Tomek usłyszał go w kuchni — otwieranie lodówki, brzęk szklanki, kroki bosych stóp na kafelkach. Wstał i poszedł zobaczyć.
Kuba stał przy blacie i nalewał sobie mleka. Obok leżał zeszyt, otwarty na nowej stronie. Rysunek był jeszcze mokry — Kuba rysował flamastrami.
Labirynt. Ale ten miał wyjście.
Nie proste, nie szerokie. Kręta ścieżka, wiodąca przez piętra, tunele, mosty nad rzekami pełnymi krokodyli. Na końcu — mała postać z plecakiem, stojąca przed otwartą bramą.
— Kto to? — zapytał Tomek.
— Nie wiem — powiedział Kuba. — Ktoś, kto przeszedł.
Tomek nalał sobie kawy. Stanął przy oknie. Za oknem blokowisko budziło się do niedzieli — ktoś wychodził z psem, ktoś pakował dzieci do samochodu, na balkonie naprzeciwko kobieta wieszała pranie, chociaż niebo było szare i wyglądało na deszcz.
Kuba stanął obok niego z mlekiem i patrzył przez okno.
— Tato?
— Tak?
— Czy w poniedziałek mogę nie iść do szkoły?
Tomek patrzył na balkony, na pranie, na szare niebo.
— Musisz iść.
Cisza. Kuba pił mleko.
— Ale wiesz co? — powiedział Tomek. — Jeśli Franek znowu coś powie, to… to nie musisz udawać, że ci to nie przeszkadza.
Kuba odstawił szklankę.
— A co mam zrobić?
Tomek nie wiedział. Naprawdę nie wiedział. Nie miał gotowej odpowiedzi, nie miał pięciu kroków, nie miał strategii. Miał kawę, która stygła, i syna, który patrzył na niego oczami Marty, i niedzielny poranek, i całe życie nauki, że trzeba być twardym.
— Nie wiem — powiedział. — Ale możesz mi potem powiedzieć, jak się czułeś. I ja posłucham.
Kuba kiwnął głową. Nie uśmiechnął się, nie przytulił, nie powiedział „dzięki, tato”. Po prostu kiwnął głową i wrócił do mleka.
Tomek stał przy oknie i pił kawę. Na balkonie naprzeciwko kobieta skończyła wieszać pranie i weszła do środka. Zaczął padać deszcz — ten sam drobny, niezdecydowany deszcz, który padał przez cały tydzień. Ale teraz Tomek patrzył na niego inaczej. Nie wiedział, co dokładnie się zmieniło — może nic, może wszystko. Może po prostu stał przy oknie ze swoim synem i nie próbował nic naprawić.
Deszcz padał na balkony. Pranie wisiało. Kawa stygła.
Było dobrze.