Garaż Antka

Antek miał trzy i pół roku, czerwone kalosze (nawet jak nie padało) i jeden bardzo ważny plan na poniedziałek.

W przedszkolu, w sali pod oknem, stała wielka skrzynia z klockami. Antek lubił tę skrzynię najbardziej na świecie. W środku były klocki długie, krótkie, takie z dziurką i takie z kropką. I jeden zielony, który Antek zawsze odkładał na sam wierzch, żeby nie zgubił się na dnie.

Antek miał plan: zbudować garaż. Nie taki zwykły. Garaż z bramą, z oknem i z miejscem na trzy autka.

Wysypał całą górę klocków. Stuk-stuk-stuk! Klocki spadały na dywan jak deszcz.

— Tyle! — powiedział Antek do siebie.

I zaczął budować.


Po chwili przy dywanie stanęła Hania. Hania miała dwa kucyki i dwie różne skarpetki — różową i zieloną. Popatrzyła na Antka. Potem na klocki. Potem znowu na Antka.

— Co budujesz? — zapytała.

— Garaż — powiedział Antek. — Dla autek.

Hania kucnęła. Wyciągnęła rękę w stronę klocków.

— Też chcę budować — powiedziała cicho.

Antek spojrzał na swoją górę klocków. Spojrzał na Hanię. Klocki były jego — sam je wysypał. Mocniej zacisnął rączki na dwóch żółtych.

Hania nic nie mówiła. Patrzyła na klocek z dziurką.

Antek spojrzał na swoją górę jeszcze raz. Potem na drugą stronę dywanu, gdzie klocków też było pełno. Potem na buzię Hani — kąciki ust miała opuszczone, jak słoneczko, które chowa się za chmurkę.

— Masz — powiedział Antek. Wziął jeden długi klocek i podał Hani. — I jeszcze ten.

Podał jej drugi, z kropką.

Hania wzięła klocki w obie ręce. Uśmiechnęła się tak szeroko, że było widać dziurę po zębie.

— Zbuduję płot! — powiedziała. — Dookoła twojego garażu!

Antek nic nie powiedział. Tylko coś mu się porobiło w brzuchu. Takie dziwne. Ciepłe. Jakby zjadł rosołek, ale w środku, nie w buzi. Kąciki ust same poszły mu do góry.

Wrócił do budowania garażu. Stuk-stuk-stuk! Klocki układały się jeszcze szybciej niż wcześniej.

Obok Hania budowała płot. Od czasu do czasu Antek zerkał na nią kątem oka. Hania mruczała jakąś piosenkę o kucykach.


Po zabawie była przerwa na drugie śniadanie.

Pani Beata postawiła pudełka na stoliku. Antek miał w swoim kanapkę z serem (pokrojoną na cztery kwadraty, bo tak najlepiej), banana i — o! — dwa ciasteczka czekoladowe. Dwa! Mama spakowała, bo był piątek — „dzień słodyczowy".

Antek od razu wziął pierwsze ciasteczko. Chrup. Okruszki spadły mu na koszulkę. Drugie ciasteczko leżało w pudełku i czekało.

Obok siedział Mateusz. Mateusz miał włosy sterczące na wszystkie strony, chyba nie lubił się czesać. Wyciągnął ze swojego pudełka kanapkę. I więcej nic. Jeszcze raz zajrzał. Pomacał. Wytrząsnął okruszki.

— Babcia chyba zapomniała włożyć ciasteczko — powiedział.

Mateusz podniósł kanapkę. Powąchał. Odgryzł kawałek. Żuł powoli.

Antek popatrzył na swoje drugie ciasteczko. Było okrągłe, brązowe i miało dziurkę pośrodku. Wiedział, jak smakuje — czekoladowe. Najlepsze.

Pamiętał Hanię i klocki. Pamiętał to ciepło w brzuchu.

Wziął ciasteczko. Złamał je na dwa kawałki — trach! Okruszki posypały się na stół.

— Masz — powiedział i podał Mateuszowi większy kawałek. — To jest czekoladowe.

Mateusz otworzył oczy szeroko, jak dwie czarne kulki.

— Dziękuję — powiedział i od razu ugryzł.

Antek też ugryzł swój kawałek. Chrupało tak samo dobrze, jak całe. Może nawet bardziej. W brzuchu znowu zrobiło się ciepło. Nogi same zaczęły się bujać pod stołem.

Mateusz wcinał i kiwał głową.

— Pyszne — mruknął z pełną buzią.

Antek też kiwał głową. Jedli w ciszy, było słychać tylko chrupanie.


Po drugim śniadaniu Antek poszedł sprawdzić swój garaż. Stał. Nawet brama trzymała się prosto. Obok stał płot Hani — krzywy w dwóch miejscach, ale prawie cały dookoła.

Antek przykucnął i wjechał czerwonym autkiem przez bramę. Brrrum! Auto zaparkowało dokładnie pośrodku.

— Mój garaż jest najlepszy — powiedział Antek do siebie cicho.

I uśmiechnął się tak, że nikt nie widział. Tak najfajniej.