Magiczne Książki

Rozdział 1. Niedzielny rytuał

Każda niedzielna historia zaczyna się tak samo — od zapachu.

Najpierw czuć drewno. Potem herbatę z miodem. A potem coś jeszcze, coś trudnego do nazwania, co Ewa nazywała "zapachem tajemnic", a Zuzia twierdziła, że to zapach smoczego oddechu, który utknął w ścianach sto lat temu. Ewa uważała, że Zuzia przesadza. Zuzia uważała, że Ewa za mało przesadza. I obie miały trochę racji, co zdarza się siostrom częściej, niż chciałyby przyznać.

Auto zatrzymało się przed domem dziadków punktualnie o czternastej, jak co niedzielę, bo tata nigdy się nie spóźniał. Mama twierdziła, że tata potrafiłby przyjść punktualnie nawet na koniec świata, i pewnie jeszcze sprawdziłby zegarek na wszelki wypadek.

Zuzia wyskoczyła z samochodu, zanim silnik zdążył przestać pracować.

— Babciu! Dziadku! Jesteśmy! — krzyknęła, biegnąc w stronę drzwi. Po drodze podskakiwała przez kałuże, chociaż mogła je obejść, i nucąc coś, co brzmiało jak piosenka o niedzieli, ale słowa zmieniały się przy każdym podskoku.

Ewa wysiadła spokojnie. Poprawiła plecak na ramieniu, zamknęła drzwi samochodu i ruszyła ścieżką. Nie podskakiwała. Nie śpiewała. Patrzyła na dom dziadków z tym swoim zamyślonym wyrazem twarzy, który mógł oznaczać, że właśnie wpada na genialny pomysł albo że myślami jest całkiem gdzie indziej.

— Ewa, ruszaj się! — zawołała Zuzia od drzwi, podskakując na jednej nodze.

— Idę — odpowiedziała Ewa. Bo szła. Po prostu w swoim tempie.


Babcia stała w drzwiach z tym swoim szerokim uśmiechem, który rozświetlał całą twarz — a właściwie cały ganek.

— Kochani, obiadek już gotowy! I właśnie wstawiam serniczek do piekarnika. — zawołała, wyciągając ręce do dziewczynek. — Chodźcie, chodźcie! — A ty — dodała, kiedy Ewa podeszła bliżej — masz chyba nową fryzurę, prawda?

Ewa dotknęła włosów.

— Nie mam.

— To pewnie ta sama wygląda lepiej niż zwykle — babcia mrugnęła i zaśmiała się tak, jakby powiedziała najlepszy żart na świecie.

Z głębi domu dobiegło metaliczne brzęknięcie, a potem głos dziadka:

— Czy ktoś widział moje okulary?

— Na głowie! — krzyknęły jednocześnie babcia, mama, Zuzia i Ewa.

Cisza.

— A, rzeczywiście — powiedział dziadek, wychodząc z biblioteki z okularami na nosie i gazetą pod pachą. Miał na sobie koszulę w niebieską kratę, z podwiniętymi rękawami, i swoją zwykłą kamizelkę z milionem kieszeni. — To się zdarza najlepszym. A najlepszym zdarza się najczęściej.

Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo Zuzia wpadła w jego ramiona z rozpędem, który wystarczyłby do przewrócenia mniejszego dziadka. Ale dziadek nawet się nie zachwiał, a Zuzia zręcznie jak małpka, wspinając się po jego koszuli, wskoczyła mu na barana.

— Dziadku, masz nową fryzurę! — oznajmiła Zuzia, mierzwiąc mu starannie zaczesaną fryzurę obiema rękami.

— Rzeczywiście! Dziękuję, moja najlepsza fryzjerko! — powiedział ze śmiechem dziadek, patrząc w lustro na korytarzu.

Ewa podeszła najpierw do babci i przytuliła się mocno, na dłużej niż zwykle, bo babcia pachniała sernikiem i domem. Potem stanęła przed dziadkiem, objęła go w pasie (co nie było łatwe, bo dziadek miał spory brzuch, a na plecach siedziała Zuzia) i ścisnęła tak, że dziadek sapnął.

— O — powiedział dziadek. — Ktoś tu dzisiaj przytula na poważnie.

— Dziadku, patrz co mam. — Ewa zdjęła plecak i wyciągnęła z niego książkę w zielonej okładce. — Wzięłam z biblioteki. Jest o podróżniku, który rozmawia z drzewami.

Dziadek pochylił się (Zuzia na jego plecach pisnęła "uwaga, turbulencje!"), wziął książkę i obejrzał okładkę z obu stron, tak jak zawsze oglądał książki — uważnie, z szacunkiem, jakby witał się ze starym znajomym.

— Hmm, Tove Jansson? Dobry wybór, Ewka. Bardzo dobry wybór.

Ewa uśmiechnęła się szeroko. Dziadek zawsze traktował jej książki poważnie i to było jedno z tych niedzielnych rzeczy, na które czekała najbardziej.

— A ja przeczytałam pół komiksu! — zawołała Zuzia z góry.

— Pół to już coś — odparł dziadek z powagą. — Drugie pół na przyszłą niedzielę?

— Albo dzisiaj. Zależy ile babci sernik da mi mocy.


Niedzielny obiad u dziadków miał swoje niezmienne zasady, chociaż nikt ich nigdy nie spisał.

Zasada pierwsza: babcia gotowała. To nie podlegało dyskusji. Dziadek raz próbował zrobić zupę i od tamtej pory nikt nie wspominał tego zdarzenia, chociaż Zuzia czasem zaczynała zdanie od "A pamiętacie jak dziadek..." i mama szybko zmieniała temat.

Zasada druga: Ewa siadała obok dziadka. Przy nim opowiadała więcej niż przez cały tydzień w domu — o książkach, o koleżankach, o tym co ćwiczyła na zajęciach tanecznych. Mama za każdym razem robiła wielkie oczy, bo na pytanie "co było w szkole?" Ewa odpowiadała zazwyczaj "było ok" i to był koniec raportu. Przy dziadku zdania jakoś same się wydłużały.

Zasada trzecia: Zuzia dostawała największy kawałek sernika, chociaż ze wszystkich domowników zajmowała najmniej miejsca przy stole. Za to zjadała najwięcej — prawdopodobnie dlatego, że między jednym kęsem a drugim zdążyła opowiedzieć trzy historie, dwa razy wstać od stołu i raz podbiec do okna sprawdzić, czy nie pada.

Zasada czwarta: tata opowiadał co najmniej jeden suchar, z którego nikt się nie śmiał, oprócz taty.

— Wiecie, co mówi ogrodnik do ogrodnika? — zapytał tata, nakładając sobie ziemniaki.

— Nie — powiedział dziadek z uprzejmym zainteresowaniem.

— Przesadziłeś!

Cisza przy stole. Mama zamknęła oczy. Babcia parsknęła śmiechem — nie dlatego że żart był śmieszny, ale dlatego że cisza po nim była lepsza niż sam żart. Zuzia zachichotała, ale nie dlatego że żart był śmieszny, tylko dlatego że tata wyglądał tak dumnie.

Ewa spojrzała na tatę. Potem na mamę. Potem na dziadka, który z kamienną twarzą kroił mięso, chociaż kąciki ust mu drżały.

— Tato — powiedziała Ewa spokojnie — ten żart nie jest śmieszny.

— Wiem — odparł tata z uśmiechem. — Ale następnym razem będzie.

— Mówisz tak co niedzielę — zauważyła mama.

— Bo wierzę w postęp.

Zuzia tymczasem zdążyła zjeść połowę swojej porcji, podkraść babci kawałek marchewki z talerza i opowiedzieć trzy historie naraz — o koleżance z klasy, która ma chomika imieniem Banan, o tym, że w szkole kazali im narysować rodzinę i Zuzia narysowała też kota, chociaż nie mają kota ("Ale może kiedyś będziemy mieć!"), i o piosence, którą wymyśliła dzisiaj rano w łazience.

— Chcecie usłyszeć? — zapytała, nie czekając na odpowiedź. — Niedzielaaaa, niedzielaaaa, jedzie się do dziadka, a dziadek ma brodę, a babcia ma serniiik...

— Pięknie — powiedział dziadek. — Tekst wymaga dopracowania, ale melodia wybitna.

— Dziadku, tekst jest najlepszy.

— Oczywiście. Co ja tam wiem o piosenkach.

Ewa i dziadek jedli wolniej niż reszta, bo gdy zaczynali rozmawiać, to zapominali o jedzeniu. A przy dziadku Ewie zdarzyło się opowiedzieć o nowej książce z biblioteki i o tym, że na zajęciach tanecznych nauczyła się nowego kroku. Kiedy Zuzia zaczęła śpiewać, Ewa zachichotała cicho i zasłoniła usta dłonią, a dziadek mrugnął do niej.


Po obiedzie zaczął się ten moment, który dziewczynki kochały prawie tak bardzo jak sam obiad. Mama i tata wstali od stołu, mama wzięła torebkę, tata sprawdził zegarek (chociaż nie musiał, bo był punktualny), i oboje stanęli w przedpokoju.

— To my idziemy — powiedziała mama, pochylając się do pocałunku. — Bądźcie grzeczne.

— Jesteśmy zawsze grzeczne — stwierdziła Zuzia z taką pewnością, że nawet babcia uniosła brew.

Zuzia wyściskała mamę i tatę, potem pomachała im z okna, potem wybiegła na ganek i pomachała jeszcze raz, potem wróciła i krzyknęła "PA!" tak głośno, że tata, który właśnie wsiadał do samochodu, podskoczył.

Ewa pomachała z progu, a potem Zuzia złapała ją za rękę i pociągnęła do okna w salonie, skąd obie machały, dopóki samochód nie skręcił za róg. Ewa machała spokojniej, ale machała do końca.

To był ich niedzielny rytuał. Rodzice jechali do kina, albo do restauracji, albo na spacer — dziewczynki nie zawsze wiedziały dokąd i nie zawsze pytały. Ważne było to, co zostawało: dom dziadków, zapach herbaty z miodem, sernik i — przede wszystkim — czas z dziadkiem.

Bo po obiedzie, kiedy babcia sprzątała ze stołu (odmawiając wszelkiej pomocy głośnym "Siadajcie, siadajcie, ja to zrobię w trzy minuty!", co nigdy nie trwało trzy minuty, bo po drodze zaczynała opowiadać historię albo śpiewać), dziadek mówił zawsze to samo:

— No to co, dziewczynki? Biblioteka?


Biblioteka dziadka była pokojem, który wyglądał, jakby sam był zrobiony z książek.

Regały od podłogi do sufitu, tak gęsto zapełnione, że niektóre tomy stały ukośnie albo leżały na pozostałych. Na parapecie, jak zawsze, trzy otwarte książki z zakładkami, których dziadek miał całą kolekcję. Lampa z zielonym kloszem rzucała ciepłe światło, które robiło z pokoju coś w rodzaju bezpiecznej jaskini. Fotel z wytartymi podłokietnikami stał w rogu — fotel dziadka, na którym jego ciało wyrzeźbiło przez lata idealne wgłębienie.

A obok fotela, na wąskich szynach, stała drabinka na kółkach, którą można było przesuwać wzdłuż regałów.

Dziadek już siedział w fotelu, jakby tam był od zawsze — z nogą założoną na nogę, okularami zsuniętymi na czubek nosa i miną człowieka, który na nikogo nie czeka, chociaż oczywiście czekał. Drabinka stała przysunięta do regału po jego lewej stronie, w tym samym miejscu co zawsze, bo dziadek twierdził, że drabinka sama wie, gdzie ma stać.

Zuzia natychmiast wdrapała się na podłokietnik. Ewa usiadła na dywanie, opierając się plecami o regał, i podciągnęła kolana pod brodę.

— Na czym stanęliśmy? — zapytał dziadek, sięgając po książkę z zakładką.

— Kapitan właśnie wszedł do jaskini! — przypomniała Zuzia. — I były pająki! OGROMNE pająki!

— A tak — dziadek poprawił okulary. — Rozdział szósty. Jaskinia Tysiąca Nici.

I zaczął czytać.

Dziadek czytał tak, jak nikt inny na świecie. Jego głos zmieniał się z każdą postacią — kapitan brzmiał jak ktoś, kto przeszedł sto burz i ma w sobie spokój oceanu, pająki syczały cicho i złowieszczo, a mały chłopiec-przewodnik mówił szybko i wysoko, trochę jak Zuzia, kiedy się ekscytowała.

Ewa słuchała z zamkniętymi oczami. Widziała jaskinie. Czuła wilgoć kamieni. Słyszała kapanie wody w ciemności.

Zuzia słuchała z oczami szeroko otwartymi, kołysząc się na podłokietniku fotela i co jakiś czas wydając ciche dźwięki — "ooo" przy opisie jaskini, "aaach" gdy pająk spadł z sufitu, "nie!" kiedy chłopiec się potknął.

W pewnym momencie, gdy kapitan stanął twarzą w twarz z największym pająkiem, Zuzia nie wytrzymała.

— Dziadku! A jakby kapitan miał miecz? Mógłby...

— Ciiii — Ewa otworzyła jedno oko.

Ale dziadek się nie zdenerwował. Nawet nie przerwał na dłużej.

— Wiecie co — powiedział, pochylając się — kapitan nie miał miecza. Ale miał coś lepszego. Posłuchajcie.

I czytał dalej. Kapitan nie walczył z pająkiem. Zamiast tego usiadł na kamieniu, wziął głęboki oddech i zaczął mówić do niego spokojnym głosem. Pająk, zdezorientowany (bo nikt wcześniej z nim nie rozmawiał), przestał syczeć i zaczął słuchać.

— Że co?! — Zuzia była zaskoczona. — Pająki nie gadają!

— W tej książce gadają — powiedział dziadek. — I wiesz co, Zuzia? Okazało się, że ten pająk wcale nie był groźny. Był przestraszony. Bo wyobraź sobie — siedzisz sobie spokojnie w swojej jaskini od stu lat, a tu nagle wchodzą jacyś ludzie z pochodniami.

Zuzia zamyśliła się. Na pół sekundy, co u niej było odpowiednikiem głębokiej refleksji.

— To trochę jak ten pies sąsiadów, co szczeka, ale tak naprawdę chce, żeby go pogłaskać.

— Dokładnie — uśmiechnął się dziadek.

Ewa nic nie powiedziała, ale otworzyła oczy i przysunęła się bliżej fotela. Oparła brodę na kolanach i patrzyła na dziadka z takim skupieniem, z jakim zazwyczaj patrzyła tylko na naprawdę dobrą książkę.


Kiedy rozdział się skończył, dziadek zamknął książkę i włożył zakładkę, którą miał specjalnie dla takich opowieści. Jak twierdził.

Przez chwilę siedzieli w ciszy. Takiej ciszy, jaka zostaje po dobrej historii — trochę jak echo, które jeszcze wibruje w powietrzu.

— Dziadku — odezwała się Zuzia. — Gdybyś mógł mieć jedną moc z jakiejś książki, to jaką byś wybrał?

— Hmm — dziadek pogłaskał brodę. — Dobre pytanie.

— Ja bym chciała latać! — Zuzia nie czekała na jego odpowiedź. — Albo rozmawiać ze zwierzętami! Albo oba naraz — lecieć i gadać z ptakami po drodze!

— A ty, Ewa? — zapytał dziadek.

Ewa milczała dłuższą chwilę. Tak długo, że Zuzia zdążyła zaproponować jeszcze trzy moce (niewidzialność, oddychanie pod wodą i "robienie sernika tak dobrego jak babcia").

— Chciałabym... — Ewa podrapała się po nosie. — Poczekaj, bo ja myślę.

— Czekamy — powiedział dziadek. I naprawdę czekał, bo dziadek nigdy nie ponaglał.

— Chciałabym umieć czytać w myślach. Żeby widzieć, co ludzie naprawdę myślą.

— Taaak! Czytać w myślach, ja też! — wykrzyknęła Zuzia. — To byłaby super moc!

— Dziewczynki, prawdziwą moc macie tu — dziadek pokazał palcem na serce każdej z wnuczek — i tu. — Teraz pokazał na ich głowy. — A żeby wiedzieć, co ludzie naprawdę myślą, wystarczy chcieć usłyszeć i zrozumieć. A wtedy oni sami nam to powiedzą.

— Jak to? — zapytała Ewa i zamyśliła się.

— Eee tam, to nie prawdziwa moc — podsumowała Zuzia. — Fajniej czytać w myślach.

Dziadek pokiwał głową powoli.

— Wiecie co, dziewczynki — powiedział, patrząc na książkę, którą właśnie zamknął. — Już wam nie raz mówiłem, że w książkach można znaleźć wszystko. Nawet moce. Są takie książki, które dają prawdziwą moc, jak to nazwałyście.

— Jak to dają moc? — zapytała Zuzia.

— No właśnie. To trudno wytłumaczyć. — Dziadek sięgnął do kieszeni kamizelki, wyciągnął swój stary notatnik w skórzanej okładce i coś w nim zapisał. Jak zawsze, nie pokazał co. — Wiecie co, ostatnio robiłem szufladę w warsztacie. Drewno nie pasowało i się wkurzyłem. A potem usiadłem i pomyślałem — dobra, moja złość nie skróci tej deski. Wziąłem inne narzędzie, spróbowałem inaczej i poszło.

Schował notatnik i popatrzył na wnuczki.

— Z pewnymi książkami jest tak samo. Czytasz je i nagle masz inne narzędzie w głowie. Patrzysz na to samo co wcześniej, ale widzisz coś zupełnie nowego, chociaż było tam od zawsze.

Jego wzrok zatrzymał się na jednym punkcie ściany. Wysoko. Bardzo wysoko. A potem spojrzał z powrotem na wnuczki i uśmiechnął się.

— No ale — klasnął w uda — kto chce herbatę?


Zuzia chciała herbatę. Zuzia zawsze chciała herbatę. Ale kiedy dziadek wyszedł z biblioteki (potykając się o próg i mrucząc coś o tym, że ten próg jest wyższy w niedziele), Zuzia nie pobiegła za nim. Zamiast tego stała na środku pokoju i patrzyła w górę.

— Ewa — szepnęła. — Widziałaś, gdzie dziadek patrzył?

Zuzia stała obok. Też patrzyła w górę.

Wysoko na ścianie, ponad zwykłymi regałami, wisiała półka, której nigdy wcześniej nie zauważyły. A może zauważyły, ale nigdy nie zwróciły na nią uwagi. Ciemne drewno ze złotymi zdobieniami, lśniące inaczej niż wszystko dookoła — jakby ktoś je czyścił i polerował co tydzień, podczas gdy reszta regałów pokrywała się szlachetną patyną czasu.

— O! — powiedziała Zuzia. — Mam pomysł!

— Jaki? — zapytała Ewa, nie odrywając wzroku od półki.

— Musimy tam wejść!

— Na tę półkę?

— No! Drabinka!

Zanim Ewa zdążyła powiedzieć cokolwiek rozsądnego, Zuzia już pchała drabinkę na kółkach wzdłuż regału. Kółka zaskrzypiały, ale posłusznie pojechały, aż drabinka stanęła dokładnie pod złotą półką.

— Zuzia, poczekaj...

Ale Zuzia już wspinała się po szczeblach, szybko i lekko, jak ktoś, kto najpierw robi, a potem się zastanawia. Ewa przez sekundę się wahała — a potem ruszyła za nią, bo Ewa może i lubiła najpierw myśleć, ale nie zamierzała pozwolić młodszej siostrze zobaczyć coś pierwszej.

Z góry biblioteka wyglądała inaczej. Mniejsza i przytulniejsza, jak pokój widziany ze szczytu drzewa. Lampa z zielonym kloszem rzucała ciepły krąg światła daleko w dole.

Ale Ewa i Zuzia nie patrzyły w dół.

Patrzyły na półkę.

Z bliska złote zdobienia okazały się jeszcze piękniejsze — delikatne wzory liści i gwiazd, wyrzeźbione tak precyzyjnie, że wyglądały jak prawdziwe. A na półce stały książki. Pięć — nie, sześć — nie, trudno było policzyć, bo stały ciasno obok siebie, każda w twardej, bogato zdobionej okładce.

Żadna nie miała tytułu na grzbiecie.

— Ewa — szepnęła Zuzia, chociaż nikt nie kazał jej szeptać. — Popatrz na nie.

Jedna książka miała okładkę z wytłoczonym lasem. Drzewa wyglądały jak prawdziwe — cienkie linie kory, drobne liście, a nad koronami wisał srebrny księżyc, który łapał światło lampy i lśnił cicho. Obok stała książka przypominająca starą mapę morską — z liniami wybrzeży, różą wiatrów i maleńkimi falami, które — Ewa zamrugała — chyba się poruszały? Nie, to musiało być światło. Trzecia lśniła jak obsydian, ciemna i głęboka, z miedzianymi wzorami, które wiły się po powierzchni jak ścieżki w labiryncie.

Reszta była równie piękna, ale Zuzia nie miała czasu oglądać reszty, bo właśnie zauważyła coś nad książkami.

— Patrz! — Złapała Ewę za rękaw. — Tam jest coś napisane!

Nad półką, na mosiężnej tabliczce, wygrawerowane były słowa:

Wielka moc to wielka odpowiedzialność.

— Jak superbohaterowie! — Zuzia aż podskoczyła na drabince, co sprawiło, że Ewa złapała się szczebla mocniej. — To jest jak... jak w filmach! Wielka moc! Ewa, te książki mają moce!

Ewa przeczytała napis. Potem przeczytała jeszcze raz, poruszając ustami. Jej oczy zrobiły się duże — nie tak duże jak Zuzi, bo u Zuzi wszystko było większe — ale duże jak na Ewę.

— Super — szepnęła. I uśmiechnęła się tak, jakby ktoś właśnie powiedział jej sekret, na który długo czekała.

— Chcę je wszystkie! — oświadczyła Zuzia, sięgając obiema rękami. — Tę z lasem i tę z mapą i tę ciemną i...

— Poczekaj — Ewa dotknęła grzbietu książki z wytłoczonym lasem. Delikatnie, jednym palcem, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwa.

Książka była ciepła.

Nie ciepła od lampy ani od pokoju — ciepła inaczej. Jak coś żywego. Ewa cofnęła palec, potem dotknęła jeszcze raz. Tak. Ciepła.

— Ta — powiedziała Ewa.

— Skąd wiesz?

— Nie wiem. Po prostu ta.

Zuzia wyciągnęła rękę i dotknęła tej samej książki. Jej oczy zrobiły się duże.

— Ewa! Ona jest ciepła!

— Wiem.

Ewa ostrożnie wyciągnęła książkę z półki. Poszła zaskakująco łatwo — jakby sama chciała być wzięta. Była cięższa, niż wyglądała, z grubymi stronami i okładką tak szczegółowo zdobioną, że każda igła na wytłoczonych sosnach rzucała własny, maleńki cień.

Kiedy książka opuściła swoje miejsce, za nią błysnęło coś złotego. Dwie zakładki — wąskie, metalowe, ciepłe w dotyku — oparte o tylną ściankę półki.

— O! — Zuzia sięgnęła po jedną. — Coś tu jest napisane!

Na każdej zakładce, drobnym, ozdobnym pismem, wygrawerowane były te same słowa:

Gdy chcesz przerwać i wrócić tu znów,
powiedz na głos te parę słów:
„Zakładka w książce, książka w nas —
wracam do domu, zatrzymaj czas."

— Fajne — powiedziała Zuzia. — Ale o co chodzi?

Ewa wzięła drugą zakładkę i obejrzała ją z obu stron. Delikatny wzór liści, identyczny jak zdobienia na półce.

— Chyba do przerywania czytania — powiedziała powoli. — Jak dziadkowe zakładki, tylko...

— Tylko ładniejsze! — Zuzia wsunęła swoją do kieszeni. — Biorę.

Ewa schowała swoją ostrożniej — wsunęła ją do kieszeni i przycisnęła dłonią, żeby się upewnić, że jest na miejscu.

Zeszły z drabinki. Zuzia zeskoczyła z trzeciego szczebla. Ewa zeszła ostrożnie, trzymając książkę przy piersi.

Usiadły na dywanie, pod lampą z zielonym kloszem, w tym ciepłym kręgu światła, w którym zawsze czytał im dziadek. Ewa położyła książkę między nimi i otworzyła na pierwszej stronie.

Strona była pusta.

— Ej — powiedziała Zuzia. — Nic nie ma.

— Czekaj.

Ewa odwróciła kartkę. Pusta. Następna. Pusta. I jeszcze jedna, i jeszcze — aż wreszcie, mniej więcej w połowie, pojawiły się litery. Nie drukowane, nie pisane komputerowo. Pisane ręcznie, pięknym, okrągłym pismem, jakby ktoś bardzo się starał, żeby każda litera była na swoim miejscu.

— A wiesz co mi przyszło do głowy? — Ewa pochyliła się nad stroną. — To pismo wygląda trochę jak dziadkowe.

— Czytaj! — Zuzia przysunęła się bliżej.

I Ewa zaczęła czytać na głos.

"Za siódmą górą, za siódmą rzeką, w lesie, w którym drzewa pamiętają imiona wszystkich, którzy kiedykolwiek przeszli między nimi..."

W bibliotece coś się zmieniło.

Na początku tak cicho, że żadna z nich tego nie zauważyła. Światło lampy mrugnęło — raz, krótko, jakby ktoś dmuchnął w płomień, który nie istniał, bo to była przecież zwykła elektryczna żarówka. Powietrze zrobiło się gęstsze, cieplejsze, pachniało — Zuzia poruszyła nosem — sosnami? Nie, to był zapach mchu i deszczu i czegoś jeszcze, czegoś zielonego i żywego.

— Ewa... — szepnęła Zuzia.

Ale Ewa też to widziała.

Litery na stronie zaczęły się świecić.

Nie jaśniały jak lampka nocna, nie migotały jak ekran telefonu. Świeciły jak coś, co ma w sobie własne światło — łagodnie, ciepło, złotawo. Każda litera z osobna, jakby ktoś rozpalił w nich malutkie ogniska, jedno po drugim, słowo po słowie, zdanie po zdaniu.

Zuzia chwyciła Ewę za rękę. Ewa nie cofnęła dłoni.

Złote światło z liter unosiło się w powietrze, formując kształty — cień gałęzi, zarys liścia, blask księżyca. Pokój wokół nich zaczął się rozmazywać — regały, fotel, lampa, wszystko stawało się odległe i mgliste, jakby dziewczynki patrzyły na bibliotekę przez szybę pokrytą parą.

A przed nimi, ze stronic książki, wyrastał las.

Serce Zuzi waliło tak głośno, że słyszała je w uszach. Ścisnęła mocniej rękę Ewy.

— Ewa, czy my...

— Tak — szepnęła Ewa. Jej głos drżał, ale nie ze strachu. Bardziej tak, jak drży głos, kiedy otwierasz prezent i jeszcze nie wiesz, co jest w środku, ale czujesz, że to będzie coś wspaniałego.

Litery lśniły coraz mocniej.

I z kuchni, przez korytarz i zamknięte drzwi biblioteki, dobiegł głośny, radosny głos babci:

— Herbata gotowa!

Ale dziewczynki nie usłyszały.

Bo biblioteki już nie było.

Dalszy ciąg nastąpi...

Ewa i Zuzia dopiero weszły do lasu. Kolejne rozdziały pojawią się wkrótce — wróć tutaj za jakiś czas i sprawdź, co dziewczynki odkryją po drugiej stronie książki.