Tajne Opaski i Liga Niezwykłych

Niektóre drużyny noszą peleryny. Niektóre mają odznaki. Niektóre mają tajne hasła, tajne bazy i tajne plany ratowania świata.

Drużyna, o której teraz opowiem, nie miała peleryn, tajnego hasła ani odznak. Bazę — owszem. Nazywali się Liga Niezwykłych — bo tak naprawdę to Janek wymyślił tę nazwę pewnego wtorku, a reszta się zgodziła, zanim zdążył zmienić zdanie. Mieli też tajny regulamin, który Ola napisała na kartce w kratkę i przyczepiła spinaczem do ściany w piwnicy pani Zosi.

Punkt pierwszy regulaminu brzmiał: "We wtorki i czwartki spotykamy się w Bazie."

Punkt drugi: "Nikt nie może wiedzieć."

Punkt trzeci: "Janek nie dotyka niczego, dopóki nie policzy do pięciu."

Ten trzeci punkt powstał po incydencie z gaśnicą, ale o tym kiedy indziej.


Ola miała siedem lat, kolczyki w kształcie gwiazdek i pokój, w którym nic nigdy nie leżało na podłodze. Książki stały równo na półce, kredki w słoiku, a na biurku zawsze leżał otwarty zeszyt z listą rzeczy do zrobienia na jutro. Mama Oli mówiła, że Ola urodziła się zorganizowana.

Tego wieczoru Ola leżała w łóżku i nie mogła zasnąć. Przewracała się z boku na bok. Poduszka była za ciepła, kołdra za ciężka, a w głowie kręciły się resztki dnia.

Wtedy zrobiła to, czego zwykle starała się nie robić przed snem. Włączyła moc.

To było jak odkręcenie kurka — nagle świat zrobił się głośny. Za ścianą pan Kowalski oglądał mecz. Ola słyszała komentarz tak wyraźnie, jakby telewizor stał na jej szafce nocnej. Z kuchni dochodziło ciche brzęknięcie łyżeczki o kubek i maminy szept do telefonu: — ...nie, nic poważnego, po prostu zmęczona...

Ola zacisnęła oczy. Przestań nasłuchiwać, pomyślała. Ale nie przestała. Bo usłyszała coś jeszcze. Mama odłożyła telefon i powiedziała cicho, do siebie: — Dobrze, że jutro piątek.

I to było prawdziwe. Żadnej maski, żadnego udawania. Ola poczuła ciepło gdzieś w klatce piersiowej, jakby ktoś zapalił maleńką lampkę. Bo tak działała jej moc — nie tylko słyszała dalej i wyraźniej niż ktokolwiek. Czuła, kiedy ktoś mówi szczerze. I wtedy cały świat stawał się odrobinę jaśniejszy.

Ola przestała nasłuchiwać, uśmiechnęła się w ciemności i wreszcie zasnęła.


Janek miał sześć lat i trzy czwarte. (Te trzy czwarte były dla Janka bardzo ważne.)

Mieszkał na trzecim piętrze w bloku z żółtą klatką schodową, gdzie na każdym stopniu leżała przynajmniej jedna piłka, bo Janek zbierał piłki i nie miał serca wyrzucać żadnej, nawet tej pękniętej gumowej, która kiedyś była globusem.

W poniedziałek rano Janek zjadał śniadanie w czterdzieści sekund. Rekord wynosił dwadzieścia trzy, ale mama zabroniła pobijać go po incydencie z mlekiem na suficie.

Potem zbiegał na dół. Trzy piętra, czterdzieści osiem schodków. Tego dnia zmierzył czas na zegarku — pięć sekund. Ale Janek wiedział, że gdyby nikt nie patrzył, zajęłoby mu to pół sekundy. Może mniej. Bo kiedy Janek naprawdę chciał, biegał szybciej niż wiatr. Dosłownie. Tak szybko, że było widać tylko smugę w powietrzu i słychać cichy świst.

Raz, w zeszłym tygodniu, tata zostawił portfel na dachu samochodu i odjechał. Janek to zauważył z okna. Pobiegł — po swojemu, nie po ludzku — i złapał portfel, zanim samochód dojechał do końca ulicy. Tata znalazł portfel na wycieraczce pod drzwiami i przez dwa dni chodził zdezorientowany.

Janek nie powiedział mu nic. Tylko się uśmiechał.


Mila miała osiem lat i była najstarsza w drużynie, co oznaczało, że zazwyczaj to ona mówiła "czy na pewno to dobry pomysł?", zanim ktoś (Janek) zrobił coś głupiego.

Pokój Mili wyglądał jak pokój osoby, która dużo obserwuje, ale niewiele mówi. Na ścianach wisiały rysunki — nie kolorowe i wesołe, ale szczegółowe. Rysunek bramy szkolnej z każdą rysą na farbie. Rysunek kota sąsiadki z dokładną liczbą wąsów (dwadzieścia cztery, Mila policzyła). Na biurku leżał notes, w którym Mila zapisywała rzeczy, które zauważyła, a inni nie.

W środę po szkole Mila wracała do domu przez park. Ławka przy fontannie była zajęta przez dwie starsze dziewczyny, które chichotały i jadły lody. Mila usiadła na drugim końcu ławki. Nikt na nią nie spojrzał.

Wtedy jedna z dziewczyn odwróciła się i powiedziała: — O, nie widziałam cię. Siedzisz tu długo?

Mila uśmiechnęła się lekko. — Od pięciu minut.

Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną. — Serio? Jakim cudem cię nie zauważyłam?

Mila wzruszyła ramionami. Nie powiedziała, że potrafi znikać. Że kiedy chce, staje się tak niewidzialna, jak cień na chodniku w pochmurny dzień. Że potrafi przejść przez zamknięte drzwi, jakby były zrobione z dymu. Zamiast tego powiedziała:

— Mam cichą twarz.

Dziewczyny zaśmiały się. Mila też. A potem poszła do domu, przechodząc po drodze przez płot ogródka jordanowskiego, żeby sprawdzić, czy nadal działa. Działało. Płot nawet nie drgnął.


Olek miał siedem lat, umazane smarem paznokcie i kieszeń pełną śrubek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się coś do rozkręcenia.

Pokój Olka nie wyglądał jak pokój. Wyglądał jak warsztat, który ktoś przez pomyłkę wyposażył w łóżko. Na podłodze leżały części roweru (nie tego samego roweru). Na biurku stał half-pipe zbudowany z deskorolek i listewek, po którym Olek puszczał kulki, żeby sprawdzać prawa fizyki. Pod łóżkiem — pudło z napisem "NIE OTWIERAĆ", w którym były rzeczy, które Olek naprawił, a których właściciele jeszcze nie wiedzieli, że były zepsute.

W czwartek Olek siedział w kuchni i naprawiał toster. Mama stała obok z rękami na biodrach.

— Olek, toster działał.

— Działał źle. Tostował nierówno. Lewa strona ciemniejsza od prawej o dwa odcienie.

— Olek...

— Dwa odcienie, mamo.

Mama westchnęła i wyszła. Olek dokręcił ostatnią śrubkę, włożył grzankę, nacisnął dźwignię — i toster wystrzelił grzankę pod sufit z taką siłą, że odbiła się od lampy, potem od ściany i wylądowała pod lodówką.

— Hmm — powiedział Olek, patrząc na tor lotu. — Za dużo napięcia na sprężynie.

Rozejrzał się. Mama była w pokoju, tata w przedpokoju. Nikt nie patrzył. Olek podszedł do lodówki, chwycił ją jedną ręką od dołu i uniósł do góry, a drugą wyciągnął grzankę. Postawił lodówkę z powrotem — bez hałasu, bez wysiłku, jakby podnosił karton po butach. Bo Olek podnosił rzeczy, których nie powinien dać rady podnieść żaden siedmiolatek. Ani żaden dorosły. Ani żaden wózek widłowy. Tego nie naprawiał. To po prostu w nim było.


Był wtorek. Zwykły, szary wtorek z matematyką, przerwą na drugie śniadanie i deszczem za oknem.

Na dużej przerwie Janek przybiegł do Oli zdyszany (a jeśli Janek złapał zadyszkę, to znaczyło, że sprawa była poważna).

— Widziałaś? — sapnął.

— Co?

— Opaski. Wszystkie. Wszystkie dzieci mają takie same opaski.

Ola rozejrzała się po korytarzu. Janek miał rację. Na nadgarstkach co najmniej połowy dzieci błyszczały cienkie, białe opaski. Świeciły delikatnym, pulsującym światłem, jak małe serduszka.

— Skąd je mają?

— Nie wiem. Ale Adam z mojej klasy mówi, że są za darmo. W nowym sklepie koło parku.

Na lekcji plastyki Ola nasłuchiwała. To było łatwe — wystarczyło, że się skupiła.

"...moja opaska świeci na niebiesko, kiedy..."

"...powiedziałam mamie, że muszę mieć taką..."

"...Zuzia jeszcze nie ma, hi hi..."

I wtedy Ola usłyszała coś dziwnego. Dwie dziewczynki z drugiej klasy rozmawiały za ścianą:

— Co chcesz rysować?

— Nie wiem. Co ty rysujesz?

— Nie wiem. Co rysuje Hania?

— Dom z płotem.

— To ja też narysuję dom z płotem.

— Ja też.

Ola zmarszczyła brwi. To nie było normalne. Kasia z drugiej B zawsze rysowała smoki. Zawsze.


O piętnastej trzydzieści drużyna zebrała się w Bazie. Baza mieściła się w piwnicy pani Zosi, emerytowanej nauczycielki, która udawała, że nie wie, co czwórka dzieci robi w jej piwnicy co wtorek i czwartek. (Wiedziała doskonale. Zostawiała im herbatniki na parapecie.)

— Mam sprawę — powiedziała Ola.

Janek już biegał w kółko po piwnicy. Mila siedziała na skrzynce po jabłkach i rysowała coś w notesie. Olek rozkręcał starą latarkę.

— Mów — powiedział Olek, nie podnosząc głowy.

Ola opowiedziała o opaskach. O dziewczynkach, które rysowały to samo. O Kasi, która nie rysowała smoków.

Mila podniosła głowę znad notesu.

— Widziałam jeszcze coś. Na boisku. Ośmioro dzieci z opaską stało w kółku i robiło dokładnie ten sam ruch ręką. W tym samym momencie. Jak zaprogramowane.

— Jakby ktoś nimi sterował? — Janek zatrzymał się w pół kroku.

— Nie. Jakby same chciały robić to samo. Jakby... zapomniały, co lubią.

Cisza. Nawet Janek stał nieruchomo, co zdarzało się rzadko.

— Trzeba sprawdzić ten sklep — powiedział Olek. — Ja mogę iść sam...

— Idziemy razem — przerwała Ola. — Wszyscy.


Sklep nazywał się "BLINK" i wyglądał jak z przyszłości. Białe ściany, neonowe światła, muzyka, którą znały absolutnie wszystkie dzieci z ich szkoły. Na środku stał długi stół, a na nim setki białych opasek ułożonych w równe rzędy.

Drużyna podeszła ostrożnie. Janek miał zacząć zwiad biegowy, ale...

— O, cześć! Chcesz opaskę?

Przed Jankiem stała uśmiechnięta dziewczyna. Mogła mieć czternaście, może piętnaście lat. Długie jasne włosy, biały fartuch, oczy jak z reklamy.

— Są za darmo — powiedziała. — Wszystkie fajne dzieci już mają.

— Wszystkie fajne? — powtórzył Janek.

Ola chciała powiedzieć "nie bierzemy", ale Janek już wyciągał rękę.

— Spoko — powiedział. — Wezmę jedną.

Dziewczyna założyła mu opaskę na nadgarstek. Opaska zabłysła ciepłym, złotym światłem. Janek popatrzył na nią i uśmiechnął się.

— Ładna — powiedział.

Dziewczyna uśmiechnęła się i odeszła do kolejnego dziecka. Kiedy zniknęła za regałem, Janek pochylił się do reszty drużyny i szepnął:

— Na potrzeby śledztwa.

Ola nasłuchiwała. Słyszała bicie serca Janka. Było spokojne. Nic złego się nie działo.

Na razie.


Następnego dnia coś się zmieniło.

Na dużej przerwie Janek nie biegał. Stał z grupką dzieci w opaskach i robił to, co robili oni: opierał się o ścianę z rękami w kieszeniach. Kiedy Ola go zawołała, pokręcił głową.

— Zaraz — powiedział. — Gadamy o czymś.

"O czymś" okazało się rozmową, w której wszyscy mówili dokładnie te same rzeczy i śmiali się z dokładnie tych samych rzeczy. Jakby recytowali z tej samej kartki.

W Bazie tego dnia Janek przyszedł ostatni. Zazwyczaj przychodził pierwszy, bo przybiegał.

— Janek, biegnij na rekonesans — powiedziała Ola. — Sprawdź, czy dostali nową dostawę opasek.

Janek ruszył. Ale nie pobiegł. Właściwie to szedł.

— Janek? — Ola zmrużyła oczy. — Dlaczego nie biegniesz?

— Normalnie idę. Nie trzeba zawsze biegać.

Mila podniosła wzrok.

— Janek, ty zawsze biegasz.

— Bo byłem dzieciakiem. — Janek wzruszył ramionami. — Teraz jestem spokojniejszy. Jak inni.

Olek odłożył śrubokręt.

— Jak jacy inni?

— Po prostu... inni. — Janek popatrzył na swoją opaskę, która pulsowała lekkim światłem. — Fajniej jest, jak się nie wyróżniasz.

I poszedł. Normalnym krokiem. Jak zwykły chłopiec. Bez wiatru w nogach, bez energii, bez stu pomysłów na minutę.

Ola nasłuchiwała jego kroków. Brzmiały płasko. Pusto. Jakby coś w Janku przycichło.

— On traci moc — szepnęła Mila.

Ola wiedziała, że Mila ma rację. Wiedziała też, że bez Janka drużyna jest jak stołek na trzech nogach — niby stoi, ale nie w pełni.


— Musimy wyłączyć te opaski. Znajdę źródło sygnału. — Olek wstał i zaczął pakować swoje narzędzia.

— Olek, poczekaj. Musimy to przemyśleć — powiedziała Ola.

— Nie ma na co czekać. Ja to naprawię.

— Razem to naprawimy.

Olek pokręcił głową.

— Ola, ktoś musi działać, a nie gadać. Idziemy we troje — ja, mój śrubokręt i taśma izolacyjna. Idealny skład.

I wyszedł.

Ola i Mila zostały same w Bazie. Herbatniki pani Zosi leżały nietknięte na parapecie.

— Nasza drużyna się rozpada — powiedziała Ola cicho.

— Jeszcze nie — odpowiedziała Mila. Ale w jej głosie nie było pewności.


Olek dotarł do BLINK-a po zamknięciu. Było ciemno. Lampy neonowe nie świeciły. Wyglądał zupełnie inaczej — jak zwykły, pusty lokal z kartonami pod ścianami.

Olek otworzył zamek swoim scyzorykiem (co trwało dwanaście sekund, rekord osobisty) i wszedł do środka. Za ladą znalazł schody.

Na dole było pomieszczenie pełne elektroniki. Ekrany, kable, migające światełka. Na środku stało coś jak duża antena podłączona do pudła pełnego chipów i przewodów.

— Nadajnik — szepnął Olek. — Wystarczy go wyłączyć.

Złapał antenę obiema rękami. Zacisnął palce. Pociągnął.

Nic.

Pociągnął mocniej. Normalnie wyrwałby ją razem z podłogą. Ale ręce mu się ześlizgnęły. Nogi nie trzymały.

Nie miał swojej siły.

Olek sapnął. Spróbował jeszcze raz. I jeszcze raz. Za trzecim razem usiadł na podłodze zdyszany i popatrzył na swoje ręce.

Były zwykłe. Ręce siedmioletniego chłopca.

To nie działa bez nich, pomyślał i poczuł coś dziwnego w gardle. Coś, co przeszkadzało mu przełykać.

Wtedy zgasło światło. Drzwi do piwnicy zamknęły się z metalicznym kliknięciem.

Olek został w ciemności. Sam.


O dwudziestej pierwszej Ola leżała w łóżku i nasłuchiwała. Robiła to co wieczór — puszczała słuch jak najdalej się dało, jak rzucanie kamyczka po powierzchni jeziora. Odgłosy jej ulicy. Potem sąsiedniej. Potem dalszych.

I wtedy usłyszała.

Ciche, regularne stukanie. Metal o metal. W rytm: trzy razy szybko, dwa razy wolno, trzy razy szybko.

Kod drużyny.

Olek.

Ola zerwała się z łóżka i zadzwoniła do Mili. Potem do Janka.

— Janek, Olek jest w tarapatach. Potrzebujemy cię.

— Nie wiem, Ola... Może sam wyjdzie...

— Janek. Olek jest zamknięty w BLINK-u. Sam. Nie może się wydostać. Potrzebujemy twojej szybkości. Nie szybkości kogokolwiek — twojej.

Cisza w słuchawce. Ola słyszała bicie serca Janka. Przyspieszone. Niespokojne.

— Będę tam za pięć minut — powiedział Janek.

— Jesteś pewien?

— Tak.

Ola usłyszała coś w jego głosie. Coś prawdziwego. Nie udawanego.

I poczuła, jak coś się budzi. W niej. W drużynie. Jakby ktoś przekręcił klucz w zamku.


Spotkali się pod BLINK-iem o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Mila już tam była — nikt jej nie widział, bo właściwie to już zniknęła. Janek przybiegł.

Przybiegł.

Nie przyszedł. Nie przywlókł się. Przybiegł tak szybko, że wiatr za nim poruszył śmieci na chodniku.

Na jego nadgarstku nadal była opaska. Ale nie świeciła.

— Dobra — powiedziała Ola. — Plan jest taki. Mila, wchodzisz niewidzialna i otwierasz Olkowi drzwi od środka. Janek, jesteś gotowy do ewakuacji, jeśli coś pójdzie nie tak. Ja nasłuchuję.

— A kto jest w środku? — zapytała Mila. — Poza Olkiem?

Ola zamknęła oczy. Skupiła się. Pięć sekund. Dziesięć.

— Olek w piwnicy. Stuka w rurę. I... ktoś jeszcze. Na piętrze. Jedno bicie serca. Szybkie. Nerwowe.

— Jeden przeciwnik?

— Nie wiem, czy "przeciwnik". — Ola otworzyła oczy. — Ktokolwiek to jest... brzmi na przestraszonego.


Mila przeszła przez ścianę tak cicho, że nawet Ola ledwo ją słyszała. Znalazła piwnicę. Zamek był elektroniczny, ale Mila zauważyła to, co zauważyłaby tylko ona: mały przełącznik awaryjny z boku, ukryty za kablem. Kliknęła.

Drzwi pisnęły. I wtedy coś zamrugało — czerwona lampka pod sufitem, a z głośnika buchnął alarm, wysoki i przenikliwy.

— Mila? — szepnął Olek z ciemności. — Co to?

— Czujnik na drzwiach. Panel jest za wysoko, nie dosięgnę. — Mila popatrzyła w górę. Panel alarmu wisiał pod samym sufitem. Pod ścianą naprzeciwko stała metalowa szafa serwerowa, ciężka jak sejf. — Olek, przesuń tę szafę pod panel. Wejdę na nią.

Olek oparł się o szafę obiema rękami. Zacisnął palce. Pchnął.

Nic.

— Nie dam rady — szepnął. — Straciłem moc.

Mila pojawiła się obok niego. Popatrzyła mu w oczy.

— Olek. Jesteśmy znowu drużyną. Ty, ja i reszta na zewnątrz. Spróbuj.

Olek zacisnął zęby. Wziął głęboki oddech i złapał szafę jeszcze raz. Poczuł, jak coś ciepłego wraca mu w ramiona. Jakby moc słyszała, że ktoś jej potrzebuje. Szafa zgrzytnęła o podłogę i ruszyła — centymetr, potem drugi, potem pół metra. Olek przesunął ją pod panel, dysząc ciężko, ale z oczami szeroko otwartymi.

Mila wskoczyła na szafę, dosięgnęła panelu. Jeden przełącznik. Alarm zgasł.

— Następnym razem — szepnęła, zeskakując na podłogę — weź ze sobą drużynę.

Olek nie odpowiedział. Ale popatrzył na swoje ręce i uśmiechnął się w ciemności.

I wtedy alarm ryknął ponownie. Głośniej niż przedtem. Czerwona lampka zamigała jak szalona.

— Zasilanie awaryjne — powiedział Olek, patrząc w sufit. — Zapasowa jednostka. Zawsze montują je na dachu budynku, żeby chroniły przed zalaniem. Winda nie działa w nocy. To pięć pięter schodami. Nie zdążymy, zanim przyjedzie policja.

Ola nasłuchiwała z zewnątrz. Alarm niósł się po całej ulicy.

— Janek — powiedziała szybko. — Dach. Zasilanie awaryjne. Olek powie ci, jak je wyłączyć.

— Biała skrzynka z anteną! — krzyknął Olek przez drzwi. — Czerwony przełącznik po prawej!

Janek zniknął. Dosłownie. Jedna sekunda — klatka schodowa zawyła od przeciągu, jakby ktoś otworzył okno na wietrze. Dwie sekundy — gdzieś wysoko trzasnęły drzwi na dach. Trzy sekundy — cisza.

Alarm zgasł. Tym razem na dobre.

Janek wrócił, lekko zdyszany, z kawałkiem izolacji na ramieniu.

— Pięć pięter — powiedział z uśmiechem. — Nowy rekord.

Olek stał z zakurzoną twarzą i zaciskał pięści. Siła w ramionach nie znikała. Jego moc wróciła.

— Na piętrze ktoś jest — powiedziała Ola.

Weszli po schodach. Drzwi na górze były uchylone. Za nimi — pokój, który wyglądał jak czyjaś sypialnia przeniesiona do sklepu. Materac na podłodze. Stos komiksów. Laptop z naklejkami. Pudełka po płatkach śniadaniowych.

I chłopak. Może trzynaście, czternaście lat. Siedział na materacu z kolanami pod brodą i patrzył w ekran laptopa, na którym migała mapa miasta z setkami małych, pulsujących kropek.

Każda kropka to opaska.

Usłyszał ich i podskoczył. Na jego twarzy błysnęły trzy uczucia naraz: zaskoczenie, strach i coś jeszcze. Coś głębszego.

— Kim jesteście? — Głos mu drżał.

Olek zrobił krok do przodu, ale Ola złapała go za ramię. Bo usłyszała.

Usłyszała bicie serca tego chłopaka. I w tym biciu, pod strachem i zaskoczeniem, była samotność. Tak głęboka i tak stara, że aż bolała. Jak kamień, który nosisz w kieszeni tak długo, że zapominasz, że go masz, ale ciągle ci ciąży.

— Nie jesteśmy tu, żeby ci zrobić krzywdę — powiedziała Ola.

— Skąd wiecie o tym miejscu? Nikt nie powinien...

— My wiemy dużo rzeczy — powiedział Janek i usiadł na podłodze, jakby to była najnormalsza wizyta na świecie. — Na przykład wiem, że lubisz komiksy o Spidermanie, bo widzę trzynaście zeszytów pod materacem. Niezły wybór.

Chłopak zamrugał.

— Jak masz na imię? — zapytała Mila.

— ...Filip.

Mila kiwnęła głową.

— To ty wymyśliłeś opaski, Filip?

Filip patrzył na nich, jakby nie mógł uwierzyć, że czwórka dzieci siedzi w jego pokoju i rozmawia z nim normalnie, zamiast krzyczeć albo uciekać.

— Tak. Ja je zrobiłem.

— Dlaczego? — zapytała Ola.

Filip milczał długo. Na ekranie laptopa pulsowały kropki. Setki dzieci. Setki opasek.

— Nikt mnie nie... — zaczął i urwał. Wzruszył ramionami. — Nieważne.

— Ważne — powiedziała Ola.

Filip patrzył w podłogę.

— W szkole siedzę sam. Na przerwie... no. Stoję pod ścianą. Nikt nie mówi mi cześć. — Zamilkł. Potem dodał ciszej: — Jakbym był niewidzialny.

Mila drgnęła. Wiedziała coś o niewidzialności.

— No i... zbudowałem to. — Filip machnął ręką w stronę ekranu. — Żeby wszyscy robili to samo. Żeby byli... połączeni. Bo jak wszyscy są połączeni, to ja też... no. Głupie to.

— I ktoś cię zauważył? — zapytał cicho Olek.

Filip pokręcił głową. Jego palce ściskały kolana tak mocno, że knykcie zrobiły się białe.

— Trzysta dzieci podnosi rękę w tej samej sekundzie. — Zaśmiał się krótko, bez radości. — Żadne nie wie, że istnieję.

Ola poczuła to. Falę. Prawdziwe uczucie, wypowiedziane na głos, bez maski. I drużyna poczuła to razem z nią — coś ciepłego i silnego, co przeszło przez nich jak prąd.

— Filip — powiedziała Ola — zamień to. Te opaski. Jesteś genialny w budowaniu rzeczy.

— Zamienić na co?

Janek podskoczył.

— Na coś, co nie robi z ludzi klonów! Coś, co pokazuje, czym każdy się różni, a nie sprawia, że każdy jest taki sam.

— Na przykład... — Mila patrzyła na urządzenia dookoła — na coś, co świeci innym kolorem dla każdego. Albo zmienia wzór, kiedy ktoś wymyśli coś nowego. Albo...

— Albo w ogóle bez opasek — powiedział Olek. — Może ludzie nie potrzebują opaski, żeby cię zauważyć. Może wystarczy, że powiesz "cześć" jako Filip, a nie jako tajemniczy gość od opasek.

Filip popatrzył na Olka. Potem na Janka. Na Milę. Na Olę.

— Nikt nigdy nie siedział ze mną tak... po prostu.

— Bo nikt nie wiedział, że tu jesteś — powiedziała Ola. — Teraz wiemy.


Tej nocy Filip wyłączył nadajnik. Sam. Wpisał kod, kliknął trzy razy i ekran zgasł. Kropki zniknęły, jedna po drugiej, jak zdmuchiwane świeczki na torcie.

Janek ściągnął opaskę z nadgarstka. Położył ją na stole.

— Nie będę tęsknił — powiedział.

Potem spojrzał na swoje nogi, jakby sprawdzał, czy wróciły. Zgiął kolana. Podskoczył. I zanim ktokolwiek mrugnął, okrążył cały budynek cztery razy.

— TAK! — zawołał, wracając z wiatrem we włosach. — Tak tak tak tak tak!

Mila uśmiechnęła się. Ola westchnęła z ulgą.

Olek podszedł do Filipa.

— To urządzenie — wskazał na nadajnik — skomplikowane. Sam to zbudowałeś?

— Sam. Z części ze złomowiska i trzech starych routerów.

Olek gwizdnął z uznaniem. Potem wyciągnął z kieszeni śrubokręt, sprężynkę i kawałek drutu.

— Lubisz majsterkować?

— Lubię budować i naprawiać różne rzeczy — powiedział Filip.

— My też mamy jedną rzecz do naprawienia w Bazie. Zamek się zacina. Może... wpadniesz kiedyś?

Filip popatrzył na niego niepewnie.

— Serio?

— Pod jednym warunkiem. — Olek spojrzał poważnie. — Żadnych opasek kontrolujących ludzi. Zero. Nigdy.

— Jasne. Obiecuję.

— No to umowa stoi.


Następnego dnia w szkole, Kasia z drugiej B narysowała smoka. Wielkiego, fioletowego, z pięcioma ogonami. Nikt inny nie narysował smoka.

Janek okrążył boisko cztery razy na przerwie — bez mocy, zwykłym bieganiem, co zajęło mu całą przerwę — bo Szymon z pierwszej A powiedział, że nikt nie jest aż tak szybki. Szymon stał z otwartymi ustami, bo nawet bez superszybkości Janek biegał jak wiatr. (Nie taki dosłowny wiatr jak kiedyś. Ale wystarczający.)

Mila stała z boku i patrzyła na chmury. Nikt jej nie pytał, dlaczego. Ale Ola wiedziała, że Mila liczy, ile kształtów widzi w jednej chmurze. (Tego dnia rekord wynosił dwadzieścia trzy.)

A Olek przyszedł do szkoły z nowym wynalazkiem w kieszeni: latarką, która świeciła tylko wtedy, kiedy się na nią dmuchnęło. Zupełnie niepraktyczną. Zupełnie swoją.

Po szkole drużyna zebrała się w Bazie. Na parapecie leżały herbatniki pani Zosi, jeszcze ciepłe.

Ola otworzyła zeszyt z regulaminem i dopisała punkt czwarty.

Punkt czwarty brzmiał: "Filip naprawia zamki. Olek nie włamuje się sam. Janek nie chodzi. Mila nie tłumaczy, skąd wie."

— Kto za? — zapytała.

Cztery ręce poszły w górę.

(Właściwie cztery i pół, bo Janek podnosił rękę tak szybko, że wyglądało, jakby miał dwie.)

Filip przyszedł w czwartek. Naprawił zamek w siedemnaście sekund. Olek zmierzył czas i pokręcił głową.

— Nowy rekord. Mój był dwanaście sekund, ale to przy włamywaniu się, więc się nie liczy.

Filip zaśmiał się. Pierwszy raz od bardzo dawna.

Pani Zosia zostawiła tego dnia kilka herbatników więcej niż zwykle. Jakby wiedziała, że w piwnicy jest o jedną osobę więcej.

(Wiedziała doskonale.)